You are hereSpalenie Temeszowa

Spalenie Temeszowa

  • warning: realpath() [function.realpath]: open_basedir restriction in effect. File(/home/tmp) is not within the allowed path(s): (/home/temeszow/:/opt/lsws/share) in /home/temeszow/domains/temeszow.pl/public_html/includes/file.inc on line 190.
  • warning: realpath() [function.realpath]: open_basedir restriction in effect. File(/home/tmp) is not within the allowed path(s): (/home/temeszow/:/opt/lsws/share) in /home/temeszow/domains/temeszow.pl/public_html/includes/file.inc on line 190.

Zwierzenia ze spalenia wioski Temeszów.

Noc z 27 na 28 maja 1946 roku będę wspominał do ostatnich dni mojego życia. Miałem wówczas dziewięć lat i przeżyłem tragedię, widząc Ukraińców podpalających pochodniami nasze domy. Swoją czynność wykonywali z agresją, wielką nienawiścią i okrzykami. Napastnicy wyposażeni w broń i pochodnie podpalali budynki ze wszystkich stron odcinając domownikom dojście do nich. Tej nocy wioska została spalona.
Chcąc szczegółowo opisać tę noc należy cofnąć się ze wspomnieniami, zadając pytanie skąd taka nienawiść społeczności ukraińskiej do społeczności polskiej. Ludzie ci wcześniej znali się współżyli, biesiadowali i zawierali związki małżeńskie.

Z mojej wioski pochodził ksiądz Józef Skrabalak, który po wyświęceniach w Wyższym Seminarium w Przemyślu skierowany został do Archidiecezji Lwowskiej. Na ziemiach Polski Kresowej zetknął się z silnym ruchem nacjonalistycznym Ukraińców. Ruch ten najpierw pomagał Niemcom w mordowaniu Polaków, później sam popełniał na nich bestialskie mordy, czyniąc je z wielką nienawiścią. Ksiądz Józef Skrabalak zetknął się z okrutnymi przypadkami zbiorowych morderstw naszych rodaków i paleniem wiosek. Uciekając przed okrucieństwami przybył do Temeszowa.Z tutejszą młodzieżą podjął się zorganizowania samoobrony przed Ukraińcami.
Na wschodnim brzegu Sanu leżały trzy Ukraińskie wioski - Jabłonica Ruska, Hroszówka i Ulucz. Młodzież tych wiosek zmobilizowała się tworząc oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii (U.P.A.).
Jednym z dowódców UPA był Bandera, obecnie czczony jako bohater narodowy Ukrainy. Celem jej było utworzenie samodzielnego ukraińskiego państwa sięgającego aż po Rzeszów. Prawie każdej nocy roku 1946 palone były wioski a ich mieszkańcy mordowani. Ksiądz zbierał każdego dnia młodzież, wyznaczał dyżury i zakreślał strzeżony teren tak, aby całe wybrzeże Sanu przy naszej wiosce było strzeżone od zmierzchu do świtu. Wówczas w Temeszowie były dwa pastwiska zbiorowe do pasienia krów. Od strony wsi Witryłów pastwisko o nazwie Kamieniec i od strony wsi Krzemienna pastwisko o nazwie Jabłonickie Pastwisko. Na pastwiskach wypasano bydło z całej wioski. Wypas trwał aż do zachodu słońca. Banderowcy – bo tak wówczas zwano grasujące po terenie oddziały UPA - po zachodzie przeprawili się przez San do wioski Witryłów i otoczyli Temeszów od strony wzgórz Koszarysko i Zapolana.Mieli dokładny wywiad co dzieje się w naszej wiosce i od której strony jest dobrze strzeżona. Od strony wzgórz nikt nie spodziewał się ataku i nie ustwiono tam wart samoobrony. W czasie kiedy temeszowska młodzież patrolowała wybrzeże Sanu banderowcy byli już w otaczającym wieś lesie, zajmując stanowiska do napadu i podpalania. Po zapadnięciu mroku, w czasie gdy samoobrona przebywała jeszcze na pastwiskach, strzegąc przed napaścią od strony Sanu, ukraińska banda zaskoczyła naszych mieszkańców od przyległych wzgórz. Około godziny 22 zabrzmiał alarm. Alarm zlokalizowany był przy moście w centrum wioski. Była to felga samochodowa powieszona na słupku. Tej tragicznej nocy, zaraz po podpaleniu pierwszych budynków, pan Władysław Bluj bijąc młotkiem w wiszącą felgę dał znak o napaści Ukraińców. Po zaalarmowaniu, uciekając do domu, został zaatakowany przez napastników i zraniony postrzałem w rękę. W następnych dniach był operowany. Skutki postrzału odczuwał do końca życia.
Tragiczny los spotkał księdza Józefa Skrabalaka, który po alarmie wybiegł z domu do ogrodu z ręcznym karabinem maszynowym (RKM) zajmując stanowisko obronne. Tu zaskoczony został przez Ukraińca, zaatakowany od tyłu i śmiertelnie zraniony. Przewieziony rano do sanockiego szpitala zmarł.
Nas, trzech braci, zbudzili rodzice i dziadkowie i kazali uciekać do ogrodu zaś sami zaczęli uwalniać zwierzęta i wynosić dobytek chcąc ochronić go przed spaleniem. Budynek zaczął płonąć, nad wioską zawisła łuna a gdzieniegdzie słychać było strzały.
Na początku napaści nie było wielu banderowców ale po podpaleniach liczba ta szybko wzrosła. Uzbrojeni mieszkańcy leżących po przeciwnej stronie Sanu ukraińskich wiosek, Ulucza, Jabłonicy i Hroszówki widząc palącą się wieś poczuli się bezkarni, rabowali więc mienie i zwierzęta uratowane przed spaleniem. W trakcie napadu i podpalania budynków mieszkalnych nasza zorganizowana młodzież prowadziła obronę przed spaleniem. Broniono się strzelając do napastników. Najmocniej bronili się mieszkańcy domu zamieszkałego przez rodziny Kułaków i Skrabalaków. U Kułaków mieszkało pięciu dorosłych mężczyzn i posiadali oni broń.Na dom ten skierowany został najostrzejszy atak. Banderowcy strzelając do mieszkańców zastrzelili matkę Jadwigę Kułak z domu Gratkowską, która osłaniając syna Jana poległa i spaliła się. W rodzinie Skrabalaków przebywało na urlopie dwóch wojskowych. Franciszek zaprosił do siebie kolegę o nazwisku Hebulewicz. W tę tragiczną noc obaj podjęli obronę i obaj zostali zastrzeleni. Poza wymienionymi polegli jeszcze tej nocy: Franciszk Dziamba, Bronisław Kawałek, Jan Kociszewski i Józef Bluj. Łącznie zginęło osiem osób. Kreśląc w krótkim zarysie przeżycia tamtych lat chcę wspomnieć jeszcze jeden epizod. Nasi rodzice i dziadkowie z palącego się domu wynieśli co mogli do ogrodu. Bandyci idąc przez naszą posesję zabrali potrzebną im odzież a tę, której nie zabrali wrzucali do ognia. Dziadek Franciszek miał na nogach buty oficerki. Banderowiec zapragnął je zabrać i kazał ściągnąć z nóg. Dziadek się wzbraniał, ten chwycił za automat i oddał serię strzałów na wiwat. Ja , ś.p. Rysiek oraz Staszek zaczęliśmy krzyczeć na dziadka prosząc o ściągnięcie butów co zresztą uczynił zostając boso. Wśród niezrabowanego dobytku znalazł rano jakieś stare chodaki, które ubrał by chronić nogi przed poparzeniem i zranieniem.
Poranek 28 maja był bardzo tragiczny a widok przerażający . Byłem najmłodszy z trójki kolegów: z Edwardem Czoporem i ś.p. Kazimierzem Kułakiem przeszliśmy przez wioskę. Zobaczyliśmy płaczących i rozpaczających mieszkańców. Tlące się zgliszcza jeszcze niedawnej zabudowy i sterczące kominy dogorywających budynków mieszkalnych wywarły na nas przygnębiające wrażenie. W spalonych stajniach widać było na wpół spalone zwierzęta- świnie, bydło, konie oraz ptactwo. To one stały się źródłem pierwszego pożywienia dla całej naszej siedmioosobowej rodziny a szczególnie dla nas, trzech braci. Tak zresztą było w całej części spalonej wioski. Mieszkańcy części nie spalonej, tj. Zapolany, Łazów, Bud, Rzek przynosili produkty pierwszej potrzeby. Jeszcze tego samego dnia, 28 maja, na wieść o spalonym Temeszowie zaczęły zjeżdżać się rodziny i znajomi proponując swoją pomoc. Do naszej rodziny przyjechał ze wsi Jabłonka stryj Ludwik zabierając nas, rodziców i ocalały dobytek. Wszystko co mieliśmy zostało przewiezione wozem konnym do Jabłonki. W Jabłonce mieszkaliśmy przez trzy lata, zmieniając w tym czasie dwa razy miejsce pobytu. Dziadkowie po spaleniu zostali w Temeszowie opiekując się zwierzętami, które przeżyły.
W tym czasie nad Polską południowo-wschodnią prawie każdej nocy widać było łuny nad palącymi się wioskami, w których ginęli mordowani w bestialski sposób mieszkańcy, nasi rodacy. W roku 1949 nasi rodzice wybudowali stodołę wraz ze stajnią, z drewna z własnego lasu, w której mieszkaliśmy przez prawie piętnaście lat w bardzo ciężkich warunkach. W tym czasie podjęliśmy się własnymi siłami budowy obecnie stojącego domu. Lata po spaleniu miały ujemny wpływ na wszystkich uczęszczających do szkoły podstawowej.
Naukę rozpocząłem w roku 1945 w szkole podstawowej w Temeszowie, kończąc pierwszą klasę. Do klasy drugiej i trzeciej uczęszczałem w szkole podstawowej we wsi Jabłonka, klasę czwartą kończyłem w szkole podstawowej w Krzemiennej. Podstawowa szkoła powszechna była wówczas szkołą trzyklasową. Kierownikiem była pani Bronisława Rączkowska, którą ja i cała młodzież bardzo miło wspominamy. Pozostałą edukację podstawową skończyłem w Temeszowie w 1951 roku.
Tyle wspomnień z tragicznej nocy z 27 na 28 maja 1946 roku.

Pozdrawiam wszystkich mieszkańców wioski Temeszów i jej sympatyków.

Marian Gratkowski